Recenzja filmu kryminalnego

Lata dwudzieste ubiegłego stulecia w Chicago należały do mafijnych porachunków pod znakiem Al Capone. Czasy prohibicji były doskonałym momentem na rozkwit nielegalnych interesów bez obawy przed prawem. To również etap powstawania amerykańskich postaw wobec prawa.
Jeśli chodzi o wieści z planu filmowego to role Nessa odrzucali kolejno wybitni aktorzy na czele z Melem Gibsonem, Harrisonem Fordem czy Michaelem Douglasem. Natomiast postać Capone reżyser zamierzał ofiarować Bobowi Hoskinsowi na wypadek gdyby De Niro jej nie przyjął. Po wstępnych rozważaniach aktor jednak się zgodził a Hoskinsowi na osłodę wysłano czek na 200 tys dolarów. To się nazywa rekompensata za brak angażu.
Etos dzielnego szeryfa stawiającego czoła złym w miasteczku bezprawia przewija się w historii kinematografii od jej początków. Ta znajoma westernowa klisza i tym razem posłużyła do przedstawienia nieśmiertelnego mitu walki jeden na wszystkich i nieliczni za jednym. Tak rodzą się filmy należące do plejady gatunku do których Nietykalnych śmiało można przyjąć.
Kreacja Roberta De Niro który na potrzeby swej roli przytył znacząco na wadze to kolejny rodzynek w cieście. Kiedy wymachuje kijem bejsbolowym z zadziornym uśmieszkiem na twarzy przez głowę przechodzi myśl, że nie chciałbyś go spotkać na porannym spacerze z kotem. Jego wspólników zresztą też.
Na czele prawa przed zalewem fali przemocy stanął ostatni sprawiedliwy, agent podatkowy Eliot Ness w którego wcielił się z niezłym skutkiem Kevin Costner. Razem z innymi nietykalnymi skutecznie walczyli z przestępczym chwastem aż do finałowego momentu uwięzienia Capone’a (w tej roli znakomity Robert De Niro).